Do napisania postu skłonił mnie bardzo krótki felietonik w telewizji, który próbował przedstawić tragiczną rzeczywistość ludzi młodych, głównie absolwentów uczelni na rynku przcy. Poniewaz od wielu , wielu lat jestem pracodawcą chciałbym podzielić się moimi przemyśleniami na ten temat. Czy ktoś ponosi wine za obecną sytuacje i w jakim stopniu. Jakie czynniki i w jakim stopniu wpływają na ten stan, który ja osobiscie uważam za dramatyczny dla sytuacji społecznej i gospodarczej kraju. Może na początek kilka suchych faktów bez głebszej analizy. Około pól roku temu przeprowadziłem nabór na stanowisko w mojej firmie. Postanowiłem poświecic sporo czasu i osobiście porozmawiać z każdym chętnym. Zrezygnowałem całkowicie z czytania CV ( szkoda czasu na beletrystykę, a czasem science fiction). Nie było to proste ponieważ zdecydowana wiekszośc mojego czasu pracy to godziny nocne. W ogłoszeniu pominąłem całkowicie wymagania co do wykształcenia kandydatów koncentrując się na zadaniach i umiejetnościach. Podałem jasne kryteria: praca na umowę na rzecz kubu nocnego, płaca 2500 brutto ( załozyłem, że w krótkim czasie płaca wynosić będzie 3000 brutto), godziny pracy w tym przypadku w dzień, od godz. 08.00 - 16.00. Obowiazkowo prawo jazdy. Zakres pracy to czynności zwiazane ze składaniem zamówień, dokonywanie zaopatrzenia, cotygodniowa weryfikacja zamówień, wykonywanie pewnej części działań marketingowych, kontakty z klientami osobiste i mailowe
( firmy eventowe, hotele, organizatorzy targów, korporacje taksówkowe itp). W zakresie obowiazków był także współudział w pracach sprzątających i drobnych prac remontowo-konserwatorskich oraz kilka innych czynności pomocniczych. Oferowałem mały samochód dostawczy i laptop bez wnikania o zakres użytkowania po godzinach pracy oraz telefon komórkowy z limitem rozmów. Po jednym drobnym ogłoszeniu w internecie dostałem zgłoszenia dokładnie od 50 osób. Z tej grupy 34 osoby to byli absolwenci wyższych uczelni ( 20 kobiet i 14 mężczyzn), którzy chcieli podjąc pierwszą pracę. Siedem osób to była grupa w przedziale wieku 28 - 32 lata ( sami męzczyźni), także absolwenci, ale już z jakimś stażem w innych firmach. Nie zglosiła sie ani jedna osoba z zakresu wieku 35 do 50 lat. Pozostałe 9 osób przekroczyło 50 lat i miało juz swoje źródło utrzymania ( w 6 przypadkach na "czarno") i bardziej niz zarobku szukało stabiloności. Cztery osoby w tej grupie były z wykształceniem wyższym, pięć osób ze średnim technicznym. Przepraszam za tę statystykę ale jest to dosyć istotne do dalszej analizy. Ułożyłem harmonogram spotkań, umówiłem się z każdym z osobna i zacząłem rekrutację. Było to dosyć skomplikowane logistycznie ze względu na czas ale jakos udało sie. Z grupy absolwentów na spotkanie od razu nie przyszło 9 osób, nie fatygując się zresztą żeby o tym poinformowac. Z pozostałych 10 spóźniło sie o ponad godzinę, nie przejmując się tym za bardzo i nawet nie za bardzo wysilając się z informacją i tłumaczeniem. Pozostałe osoby były punktualnie i przyszły wszystkie. Grupa absolwentów charakteryzowała się następującym wykształceniem: 7 osób socjologia, 3 osoby polonistyka, 2 osoby filologia angielska, jedna osoba filologia rosyjska, 4 osoby politologia, dwie osoby europeistyka, jedna osoba historia sztuki, jedna osoba AWF, jedna osoba ( uwaga !!!???) akademia medyczna, coś związane z laboratorium, 2 osoby z wykształceniem ekonomicznym. Grupa następnych 9 osób to głównie z wykształceniem ekonomicznym (5 osób), dwóch po uniwersytecie przyrodniczym i po jednym socjologu i politologu. Z grupy po 50 wszyscy z wykształceniem technicznym.
Wpadłem na pewien pomysł. Przyjąłem na okres dwóch miesięcy dwie osoby, z wyraźnym zaznaczeniem, że po dwóch miesiącach zostanie jedna. Zostali przyjęci: absolwent polonistyki i 55 letni technik mechanik.
W okresie tym absolwent do pracy nie przyszedł 3 razy bez uprzedzenia ( tłumaczenie: choroba narzeczonej, wyjazd do rodziców i coś tam jeszcze) i spóźnił sie ponad godzinę 11 razy ( bez tłumaczenia). Technik mechanik ani razu nie zaliczył nieobecności i spóźnien. Oczywiście został na czas nieokreślony i jestem z niego w 100% zadowolony. Sumienny, pracowity, systematyczny i co ciekawe pełen świetnych, nowych pomysłów.
Teraz bardziej ogólnie w nawiązaniu sytuacji na rynku pracy. Bardzo często w błędne koło bezrobocia wpędza absolwentów brak myślenia o przyszłości. Jeżeli decydujecie się na ukończenie studiów to musicie na bieżąco śledzic rynek pracy, interesować się analizami dotyczącymi rozwoju gospodarki, przemysłu, nauki, usług w perspektywie kilku lat do przodu. Wybierajcie te dziedziny, które są rozwojowe i dadzą Wam jakies perspektywy. Nie idzcie na studia dla przyjemności, dla kilku lat luziku i imprezowania. Zapewniam Was , że można fajnie i miło poimprezować jak ma się dobrze płatną pracę mimo, że ma się kilka lat wiecej. Musicie zdawać sobie sprawę, że kierunki modne z reguły są fatalne w perspektywie uzyskania dobrej pracy. Wiem, że brzmi to jak gledzenie starego zgreda (mam 58 lat), ale musicie zdawać sobie sprawę, że przy rekrutacji każdy pracodawca chce, żebyście coś umieli. A najważniejsze żebyście pokazali, że jeżeli czegoś nie umiecie to chcecie się nauczyć. I że chcecie uczyć się cały czas. Jeżeli w czasie studiów nie poświecicie czasu na zdobywanie dodatkowych umiejętnosci ( kursy, uprawnienia, a przedewszystkim staże zawodowe) to na rynku pracy Wasze szanse spadną bardzo mocno. I myślcie. Myślcie kilka lat do przodu. To na pewno się opłaci. Pomimo pełnej sympatii dla ludzi młodych ( nie jestem z tych co to : zapomniał wół jak cieleciem był) muszę z prawdziwą przykrością stwierdzić, że z przeprowadzonych juz w sumie może setek rozmów z mlodymi ludzmi rozmów wyłania się bardzo smutny obraz. Zdecydowana większość Was nie myśli o przyszłości i nie traktuje życia zbyt poważnie.
Generalnie jednak uważam, że większośc winy leży po stronie systemu edukacji i to nie tylko szkolnictwa wyższego, który produkuje bez umiaru absolwentów w kierunkach przynoszących łatwy zysk uczelniom z opłat. Totalny brak zachęt (np. podatkowych) dla przedsiębiorców fundujacych zawodowe staże lub stypendia. Jeden z moich znajomych, posiadający znakomitą firme powiedział mi, że chętnie ufundowałby jakieś stypendia dla młodych zdolnych ale boi sie, że urząd skarbowy zainteresuje się czy nie ma on czasem za dużo kasy, że tak nią szasta.
Dopóki sytuacja w szkolnictwie nie ulegnie radykalnym zmianom, a podejrzewam, że nie, dopóki problemem numer jeden dla urzędasów będą sześciolatki, temat wałkowany non stop ,to nie widzę mozliwosci poprawy sytuacji. Chyba tylko po to, zeby pokazać, że urzędnicy coś robią.
Oczywiście można by jeszcze długo pisać o tym problemie. Np o współzależności pomiędzy umowami "śmieciowymi", a kosztami pracy. Ale szkoda pisać, bo wśród pracowników i pracodawców jest to temat znany, a dla rządzących niezrozumiały.



Z "nieogarniętymi" to prawda.
Z pensją stażysty - to prawda (2000 brutto dla pracownika; netto 1808,10)
Z Pana obciążeniami fiskalnymi - to prawda.
Ze strachem przed karkołomnymi działaniami US - prawie prawda (szeregowi urzędasy też oscylują w bruttopodobnym szambie)
Z wykształconymi "inaczej" - europeistyka, gospodarka marksistowsko-leninowska, fizyczne podstawy gastronomii etc - to prawda
Z wykształconym starszym technikiem, kumatym - to prawda.
Zostaje podsumowanie, proszę się przez chwilę zastanowić.
Skąd to larum może wypełzać ? Nie dobiera się pracowników jak samochodów - sentymentów z lat 90'. po 2000-3000 sztuka.
Tu nie chodzi jakąś rewolucję, nie wiem na jakie stanowisko Pan szukał osoby, może projektanta systemów informatycznych, może sprzątaczki, o tym Pan nie wspomniał.
A może ogłoszenie z zakresem obowiązków i pensją za którą można kupić więcej niż 32 paczki pampersów załatwiłoby sprawę. Nie straciłby Pan czasu na przesłuchania?